Strona Domowa Rodziny Mniszek Tchorznickich

Spór o Morskie Oko

Tygodnik Ilustrowany - rok 1901 nr 45 str 878

O „MORSKIE OKO .”

Z natężeniem oczekuje całe społeczeństwo polskie od długich już lat stanowczego zwrotu w sprawie sporu o „Morskie Oko” tak żywo zajmującego serca i umysły nasze. Spór to dawny, wiekowy. Historyczne źródła stwierdzają, że siega on co najmniej XVI w.; odtąd ciągnie się, to chwilowo przycichając, to znowu w następstwie politycznych i historycznych wydarzeń zaostrzając się na nowo.

Już w XVII stuleciu, a potem niejednokrotnie w wiekach późniejszych, zwoływane były dla rozstrzygnięcia tego sporu komisye międzynarodowe, chociaż bez stanowczego rezultatu; Węgrzy bowiem podnosili pretensye swe do „Morskie oka“ tylko wtedy, gdy chcieli Polsce dokuczyć lub uzyskać od niej.W zamian za ustępstwa w tym kierunku, inne, ważniejsze dla nich koncesye, poczem, nie wyrzekając się formalnie praw swoich, pozwalali Polakom używać wyłącznego posiadauia, dopóki nie trafił się nowy powód lub nowa sposobność do protestów i zastrzeżeń. Tak działo się aż do ostatnich dziesięcioleci XVI Tl wieku; po „rewindykacyi“ Galicyi przez Austryę usiłowano spór zakończyć, ale spór przetrwał w tern stadyum przewlekłem aż do niedawnych lat, kiedy to po stronie węgierskiej nabył grunta nad „Morskiem okiem" Prusak, książę Hohenlohe, i pragnąc zaprowadzić nad cudownym zakątkiem Tatr pruskie porządki, a nie dopuścić tam polskich turystów, uciekł się pod skrzydła żandanneryi węgierskiej i z tytułu rzekomego węgierskiego zwierzchnictwa nad tą częścią „Morskiego oka,“ postarał się o osadzenie na spornem terytoryum węgierskich hajduków i żandarmów. Wówczas to przyszło do zaburzenia nad „Morskiem okiem,“ do wzajemnych nieprzyjacielskich wystąpień między Węgrami a naszymi góralami, i dawny spór wybuchł na nowo ze zdwojoną siłą, odezwał się zwłaszcza w Galicyi namiętnem echem i zaognił do tego stopnia, że władze zarówno austryackie, jak węgierskie, zdecydowały się zająć tą sprawą i załatwienie sporu ująć w swe ręce.

Wówczas to, za rządów hr. Kazimierza Badeniego w Austryi, a barona Banffyego na Węgrzech, przyszła do skutku ustawa z 25 stycznia 1897 r., uchwalona w tem samem brzmieniu równocześnie przez parlament austryacki i sejm -węgierski, a postanawiająca, że rozstrzygnięcie sporu o „Morskie oko“ ma być oddane sądowi rozjemczemu. Austrya według tej ustawy mianuje jednego arbitra, Węgry drugiego, poczem arbitrowie wybierają wspólnie superarbitra, a tak utworzone kolegium rozjemcze ma wydać ostateczne orzeczenie z mocą obowiązującą.

W lipcu roku 1897 arbitrem ze strony Austryi był mianowany znakomity sędzia i prawnik, a zarazem mąż, ożywiony prawdziwie obywatelskim duchem i przekonań bardzo szczerych: prezydent trybunału apelacyjnego dla Galicyi wschodniej, dr. Aleksander Mniszek-Tchorznicki, we Lwowie.

Arbitrem węgierskim mianował równocześnie rząd barona Banffyego, prezydenta naczelnego trybunału w Budapeszcie, Władysława Vertessego.

Tak się rzecz przedstawiała w r. 1897; zdawało się wówczas, że spór stosunkowo w krótkim czasie będzie rozstrzygnięty. Tymczasem minęły lata, a spór stoi zawsze wtem samem miejscu. Dopiero w ostatnich czasach pod napOręm opinii publicznej, zajęto się nim gorliwiej, i zdaje się, że jeśli uwaga publiczna nie da się uśpić zuowu, rzecz pójdzie teraz raźniej. Jak bowiem doniosła prasa codzienna, mianowano wreszcie, a przynajmniej zgodzono się już na osobę superarbitra, którym ma zostać dr. Emil Rott z Lozanny, nadto zaś obaj szefowie rządów: austryackiego i węgierskiego, dr. Koerber i Koloman Szell, ożywieni są życzeniem rychłego załatwienia sporu, który rządom przyczynia tylko kłopotów i nieprzyjemności.

Wobec doniosłości sprawy, oraz aktualnego jej znaczenia a v chwili, gdy ona wstępuje w decydujące stadyum, zwróciliśmy się o informacye równocześnie do Wiednia i doLozanny.

* * *

Oto informacye, otrzymane od osoby, zajmującej się sprawą Morskiego Oka od dawna gorliwie, a której stanowisko w wiedeńskich kołach parlamentarnych, specyalnie w Kole polskiem i w sferach dziennikarskich, tudzież w ogóle wypróbowana w ciągu długich lat pracy publicystycznej, znajomość stosunków pozwalają mieć na sprawę pogląd trzeźwy i wierny.

„Zastanawiając się nad sprawą Morskiego Oka, - mówi nasz informator - trzeba sobie uprzytomnić, że sprawa ta, dla społeczeństwa polskiego ważna i drażliwa, ze stanowiska jednak ogólno-państwowych interesów monarchii austro-węgierskiej bynajmniej nie pierwszorzędnego znaczenia, pozostaje mimo to w ścisłym związku z biegiem ogólnopolitycznych, wprost nawet historycznych wydarzeń. Węgrzy, usadowiwszy raz swoich żandarmów nad Morskim Okiem, nic mają powodu napierać na szybkie rozstrzygnięcie sporu, przy którem mogą tylko stracić, nie zaś zyskać. Nacisk zatem na przyśpieszenie tego rozstrzygnięcia może wywierać tylko rząd austryacki; tern się też tłómaczy, że w okresach, w których rząd ten był silniejszy, sprawa „Morskiego Oka“ postępowała naprzód w tempie żywszem; natomiast, gdy wskutek kilkuletniego zastoju w parlamentarnych stosunkach w Austryi, rząd austryacki nie miał w parlamencie swym należytego oparcia wobec Węgier, także sprawa „Morskiego Oka“ szła w Wiedniu i w Budapeszcie, przynajmniej pozornie, w zapomnienie, a przedstawienia polskich kół w tym kierunku zbywano grzecznemi słówkami.

Nie potrzeba także nadmieniać, że im silniejszym bywał wpływ parlamentarnej delegacyi polskiej a v Wiedniu na austryackie koła. rządowe, tein skuteczniejszy był jej napór na przyśpieszenie sprawy. Przebieg sprawy „Morskiego Oka“ pozostawał zatem w ostatnich latach w ścisłym związku z konstelacyą parlamentarną.

Są wszelkie dane, że obecny premier austryacki, dr. Koerber, odpowiednio naciskany przez teraźniejszego ministra dla Galicyi, przez teraźniejszego namiestnika, przez Koło polskie i wreszcie przez arbitra d-ra A. Tchorznickiego, który sprawą zajmuje się nader gorliwie: pragnie w istocie, jak to oświadczył niedawno przybyłej w tej sprawie do Wiednia deputacyi polskiej, spór jak najrychlej rozwiązać, oraz, że to będzie mogło nastąpić w okresie przez niego naznaczonym, to jest mniej więcej do lipca przyszłego roku.

Bywało jednak w toku sprawy od r. 1897 rozmaicie, bywały chwile krytyczne, o których szerszy ogół na razie jeszcze nic nie wie.

Największą trudność stanowił dotychczas wybór superarbitra.

Już w czasie, gdy rządy austryacki i węgierski układały się co do wniesienia w swych parlamentach ustawy ze stycznia 1897 r., pomiędzy hr. Kazimierzem Badenim a baronem Banffym przyszło podobno do porozumienia nie tylko co do osób arbitrów, lecz i co do osoby superarbitra; miał nim być poważany, wytrawny dyplomata, ówczesny poseł saski przy dworze wiedeńskim, Hr. Wallwitz. W tym duchu też podobno zapadła uchwała na konferencyi obu arbitrów, gdy wkrótce po otrzymaniu nominacyi zjechali się, aby się osobiście porozumieć co do dalszego toku sprawy. W tym duchu wreszcie opiewała formalna propozycya arbitra austryackiego, wystosowana do węgierskiego kolegi.

Tymczasem upadł gabinet hr. Badeniego, a p. Vertessy, który przedtem godził się na p. Wallwitza, naprzód zwlekał bardzo długo z odpowiedzią, a następnie, gdy nań bardzo naciskano ze strony austryackiej, odpisał, że nie przystaje na hr. Wallwitz’a, chociaż to było już ułożone. Widocznie zaszła tymczasem zupełna zmiana stosunków zakulisowych, którą nie trudno sobie wyjaśnić wypadkami politycznymi.

Węgrzy odrzucili wogóle projekt, aby superarbitra powołać z grona dyplomacyi, a już zwłaszcza z grona dyplomacyi czynnej w Wiedniu. Nie chcieli, aby dyplomacya zagraniczna mieszała się w tę „wewnętrzną" sprawę monarchii rakuskiej, widocznie obawiając się, że wyrok dyplomaty wypadnie na ich niekorzyść. Zasłaniali się przytem sofistycznem twierdzeniem, jakoby wedle ustawy z 25 stycznia 1897, względnie jej motywów, tylko najwyżsi sędziowie mogli być powołani do grona kolegium tego sądu wzajemnego, oraz, że ponieważ wchodzą tu w grę także spory natury prywatnej między ks. Hohenlohem, a właścicielem Zakopanego, hr, Zamoyskim, przeto tylko prawnicy, i to zawodowi sędziowie mogą w sporze tym wyrokować; równocześnie wyrazili zdanie, że gwaraucyę zawodowej i naukowej powagi Wyroku daje tylko najwyższy stan sędziowski w Niemczech, którego wyrok miałby tak że odpowiednią powagę zewnętrzną. Dlatego zaproponowali w sposób formalny ze swej strony na superarbitra: prezydenta najwyższego trybunału Rzeszy niemieckiej w Lipsku, Oehlschlagera...

Mapa Tatr polskich, dodana do dzieła Hacqeata z roku 1796

Nie potrzeba się silić na wykazanie hipokryzyi w tem argumentowaniu i w tej propozycyi. Ustawa z r. 1897 mówi o arbitrach jako o sędziach, ale tylko o sędziach w danym sporze, nie zaś wskazuje przez to, iż arbitrowie mają być wzięci wyłącznie z zawodu sędziowskiego. Nie ulega zaś tak że wątpliwości, że spór o „Morskie Oko,“ jak tego dowiodły dawne komisye, także komisye w w. XIX odbyte, należy do kategoryi sporów międzynarodowych, toczących się między dwoma administracyjnie samoistnymi organizmami państwowymi co do części ich granic; nie należy zaś zgoła do kategoryi sporów prywatno-prawnych. Połączenie sporów natury prywatnej ze sporem międzynarodowym jest w tym razie czysto przypadkowe; spory te prywatne nie mogą i nie powinny oddziałać na spór natury międzynarodowej, a o ile rezultat sporu międzynarodowego wpłynie na los sporu prywatnego, tego z góry przewidzieć nie można. Skoro zaś jest to spór natury międzynarodowej, przeto w myśl regulaminu, opracowanego dla tego rodzaju sporów przez „Institut de droit interuational“ (w Genewie w r. 1874 i w llaadze w r. 1875), nie decydują tu normy o 30-letniem lub 40-letniem zasiedzeniu i t.d. obowiązujące w prawie prywatnem, ani wogóle zasady, któremi kierują się zawodowi sędziowie w rozstrzyganiu sporów prywatnych.

Dr Aleksander Mniszek-Tchorznicki (arbiter) Dalej w znakomitem dziele „Rechtslexicon“ Holtzendorfa (t.. III) powiada słynny jurysta i uczony Bulinering, że w sądach rozjemczych dla sporów międzynarodowych orzeczenie powiuno być oddane dobrym znawcom prawa międzynarodowego, nie zaś tym, którzy prawo międzynarodowe ad hoc sporządzają lub zmieniają. Dobrymi znawcami zaś prawa międzynarodowego w tem naczeniu są tylko dyplomaci, którym też z reguły powierzane bywają urzędy superarbitrów w sporach międzynarodowych, jak np. posłowi Stanów Zjednoczonych Ameryki pónocnej, Marschallowi, w sprawie włoskoszwajcarskiego sporu o granicę w Alpach Cravoiroła (1872 r.) i t. d.

Rzecz też zrozumiała, że propozycya węgierska trafiła na opór ze strony austryackiej. .Tak słychać, arbiter z tej strony Litawy, dr. Tchorznicki, zajął bardzo wyraźnie zarysowane stanowisko, a odrzucając stanowczo propozycyę węgierską zarówno ze względów natury prywatnej, mianowicie ze względu na podeszły wiek i rozliczne zajęcia p. Oehlschlagera, które nie pozwoliłyby mu przedsiębrać dłuższej a utrudzającej wycieczki na miejsce sporu do „Morskiego oka,“ jak też ze względów zasadniczych na polityczną, dla społeczeństwa polskiego niebardzo miłą działalność prezydenta trybunału lipskiego: ze swej strony proponował, w razie gdyby Węgrzy obstawali przy niechęci swej przeciw dyplomatom, aby w każdym razie mianowano superarbitrem osobistość, obznajmioną dokładnie z prawem międzynarodowem; proponował zatem, oprócz wówczas już nieczynnego dyplomaty hr. Wallwitza, lub dyplomatów takich, jak Podewils i Claparede, także uczonych prawników, biegłych w prawie międzynarodowem. Podobno zaproponował mianowicie Alfonsa Rivier’a, prezydenta instytutu dla prawa międzynarodowego w Brukseli, następnie Pawła Lehra, sekretarza tegoż instytutu w Lozannie, a licząc się już z żądaniem węgierskiem, w trzecim rzędzie, także saskiego ministra sprawiedliwości d-ra Schuriga.

Mijały jednak długie miesiące, a Węgrzy milczeli. Tymczasem umarł Alfons Rivier, umarł dr Schurig, z p. Lehrem także się coś stało; propozycya d-ra Tchorznickiego stała się bezprzedmiotową, a Węgrzy ciągle milczeli. Arbiter węgierski p. Vertessy, miał jakiś wypadek, mianowicie upadł i do znal obrażenia nogi, długie miesiące spędzić musiał w łóżku i mimo wszelkich urgensów ze strony austryackiej, rzecz szła w odwlokę. Czy ówczesne stosunki polityczne w Austryi nie oddziałały także na tę zwłokę?—łatwo sobie odpowiedzieć.

Wreszcie w r. z. p. Vertessy czy to zdecydował się sam ustąpić, czy też pod naporem rządu astryackiego, to jest już d-ra Koerbera, kazał mu ustąpić rząd węgierski, dość, że Węgrzy mianowali nowego arbitra w osobie p. Kolomana Lehoczky’ego, prezydenta sądu w Presburgu, a odtąd cala sprawa poczęła szybszym krokiem posuwać się naprzód.

Mianowicie po porozumieniu się osobistem, obaj arbitrowie zgodzili się ostatecznie zaproponować rządom swym na superarbitra jednomyślnie d-ra Emila Rotta, byłego prezydenta, a obecnie członka najwyższego trybunału federacyjnego Szwajcaryi.

Podobno wspólny rząd Austro-Węgier udawał się już w tej sprawie w drodze dyplomatycznej do trybunału federacyjnego w Lozannie.

Tak się przedstawia obecny stan sprawy. Rząd austryacki, jak wiadomo, przyrzekł się zająć gorliwie sprawą „Morskiego oka,“ a dr Tchorznicki zapewne przestudyował już olbrzymie akta tego sporu. Do pomocy dodano mu dwie znakomite siły: jako fachowego doradcę prokuratora skarbu we Lwowie, d-ra Wiktora Korna, z ramienia zaś galicyjskiego Wydziału krajowego znanego uczonego profesora Oswalda Balzera. Sprawa znajduje się zatem w dobrych i dzielnych rękach.

* * *

Oto zaś informacye, które jeden z przyjaciół naszego pisma, uproszony o to przez nas, zebrał w Lozannie:

„Z pewnym niepokojem wstępowałem na wschody wspaniałego pałacu trybunału federacyjnego w Lozannie, niepewny, czy wobec drażliwości sprawy p. Rott zechce mię przyjąć i zadośćuczynić waszej prośbie. Uprzejmy urzędnik dyżurny zaprowadzi! mię wprzód do gabinetu pana Rotta, oznaczonego numerem 28, a położonego w północnowschodnim rogu drugiego piętra pałacu, objaśniając po drodze, że pan Rott, stosownie do postanowień konstytucyi szwajcarskiej, od kilku miesięcy złożył urząd prezydenta trybunału, a obecnie już nie jako „Monsieur le President,“ lecz tylko jako „Monsieur le juge“ spełnia swe normalne czynności.

Po krótkich formalnościach byłem wprowadzony do biura p. Rotta. Jasne i pogodne, pełne szaf z książkami i pełne obrazów, czyni ono raczej wrażenie gabinetu uczonego, aniżeli pracowni biurokraty i sędziego. To samo wrażenie już na pierwszy rzut oka wywiera także postać znakomitego prawnika. Słusznego wzrostu, potężnej budowy, czyni on wrażenie człowieka wielkiej siły, a pogodny, bystry wzrok i twarz o szczerym, jasnym wyrazie i o pogodnym uśmiechu, znamionują, że mieszka w nim siła nietylko fizyczna, lecz i duchowa.

Bujny, ciemny zarost jeszcze nie przyprószony siwizną.

Jest w tej postaci coś z powagi niemieckiego uczonego, jest zarazem dużo szwajcarskiej, typowej szczerości i prostoduszności.

Mówiąc z nim, nie ma się tego uczucia, które tak często psuje wrażenie, doznawane w osobistych spotkaniach z wielkimi tego świata,—uczucia, iż masz do czynienia z dygnitarzem.

Głos sympatyczny, ruchy żywe, chwilami prawie gorączkowe.

Już po pierwszych słowach, gdy wyjaśniałem mu cel przybycia, uśmiechnął się. Być może, iż nawet był to uśmiech, mający osłodzić odmowę, ale gdy sam zaznaczyłem zaraz, iż rozumiejąc trudne jego i drażliwe położenie, a nie chcąc bynajmniej osłabiać, ani narażać jego stanowiska, nie myślimy domagać się od niego wyjaśnień w sprawie spornej, ani też wyciągać jego zapatrywań na sprawę, lecz idzie nam tylko o zaznajomienie go ze społeczeństwem naszem, które wyczekuje od niego sprawiedliwego i sumiennego wyroku; ożywił się i, porzuciwszy pierwotną ostrożność, rozmawiał z uprzedzającą uprzejmością i prostotą. Z chęcią tak, że udzielił dla was portretu swego i szczegółów biograficznych, chociaż te ostatnie zamknął w formie, nacechowanej skromnością i zwięzłością

Dr Emil Rott (superarbiter) Potomek starej i zasłużonej rodziny szwajcarskiej, dr Emil Rott von Erlach, urodził się dnia 25 czerwca 1852 roku w Bernie; pochodzi zatem z niemieckiej części Szwajcaryi, a znajduje się obecnie jeszcze w pełnej sile męskiego wieku, liczy bowiem pięćdziesiąty rok życia. Studya swe odbył przeważnie i ukończył w Bernie. Zrazu poświęcił się służbie administracyjnej i w roku 1878 został sekretarzem dyrekcyi dla reprezentacyi gminnych kantonu Berneńskiego, prace jednak naukowe młodego jurysty zwróciły nań uwagę kół uczonych, i już w roku 1878 mianowany został nadzwyczajnym profesorem niemieckiego prawa prywatnego, handlowego i wekslowego na uniwersytecie w Bernie. Ale nie dano mu pozostać na tem stanowisku. W roku 1880 został niemieckim sekretarzem Trybunału federacyjnego w Lozannie, od roku 1893 zaś jest członkiem tego najwyższego sądu szwajcarskiego, w którym w roku 1897'1898 piastował urząd wiceprezydenta, a w roku 1899/1900 urząd prezydenta.

Oto cała biografia superarbitra w sprawie o „Morskie oko.“ Nie jest ona naszpikowana ani zbyt wielu datami, ani tytułami wielkimi, ani przedewszystkiem orderami i odznaczeniami; mimo to jednak już z niej, a jeszcze bardziej z osobistego wrażenia, jakiego doznaje się z poznania d-ra Rotta, wreszcie z bardzo pochlebnej opinii męża wielkiego rozumu a niepospolitego umysłu i serca, jakiej powszechnie w Szwajcaryi zażywa, można czerpać otuchę, że sąd jego będzie niezależny a światły i sprawiedliwy.

Dr Rott w pierwszej chwili zasłaniał się w rozmowie naszej tern, że o misyi swej nic jeszcze nie wie; naturalnie znaczyło to, że do chwili, w której byłem u niego, nie wiedział nic oficyalnie, prywatnie jednak, jak się zresztą okazało z dalszego toku rozmowy, był już o niej powiadomiony, może przez posła austro-węgierskiego w Bernie, hr. Kufsteina. Mówił także, iż nie wie jeszcze, czy mandat przyjmie, gdym jednak przedstawił mu, że zadanie jego, choć trudne jest i drażliwe, ale zaszczytne, a zatem nie powinien go odrzucać, przyznał to i uśmiechnął się przyjaźnie. Zapewne na wiosnę lub wczesnem latem przyszłego roku będzie musiał wybrać się nad „Morskie oko“ i razem z arbitrami spór na miejscu osądzić, a może od razu i rozstrzygnąć. Ufajmy, że sąd ten będzie sprawiedliwy a więc pomyślny.“

* * *

Taki jest wynik naszych wywiadów w sprawie „Morskiego oka.“

Tygodnik Ilustrowany - rok 1901 nr 52 str 1026

O Morskie Oko

.

Dowiadujemy się, że wybrany na superarbitra w sporze, o Morskie Oko dr. EmilI Rott z Lozanny złożył ten mandat. Przyczyną tego , według pism galicyjskich , ma być ogłoszony w piśmie naszem (Nr. 45 z listopada r. b.) interview ,- z którego Węgrzy wywnioskowali o stanowisku d -ra Rotta przychylnem dla Polaków i zmusili go do zrzeczenia się mandatu . Niewiemy jakim i drogami mogliby Węgrzy zmusić D -ra Rotta , który z resztą rozmawiając z naszym korespondentem wiedział, że interwiew będzie publikowany i wskutek tego mówił tylko to, co uważał za właściwe.

Tygodnik Ilustrowany - rok 1902 nr 1 str 18

SEJM GALICYJSKI.

Nowowybrany w r. z. sejm galicyjski zgromadził się w d. 28 grudnia we Lwowie na kilkudniowe obrady. Chodziło mianowicie o dokonanie weryfikacji wyborów poselskich, o wybranie nowych członków Wydziału krajowego i o uchwalenie prowizoryum budżetowego, aby gospodarka krajowa nie doznała przerwy ani uszczerbku. Ten program wyczerpano w zupełności, a poruszono także sprawę wrzesińską i sprawę Morskiego Oka, tudzież znane zajścia w uniwersytecie lwowskim.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr2 strona3

O „Morskie Oko”

Donieśliśmy już, że dr. Emil Rott., wybrany, jak wiadomo, superarbitrem w sprawie „Morskiego Oka,“ nie przyjął wyboru. Dzienniki galicyjskie dowiadują się teraz „z dobrego źródła” (widocznie jednego i tego samego dla wszystkich), że stało się to skutkiem ogłoszenia w Tygodniku IIlustrowanym interwiewu z p. Rottem. Powtarzając przy tej sposobności ów interwiew (Jk 45 naszego pisma), dzienniki te musiały uznać, że korespondent nasz ani słówkiem nie przesądził opinii d-ra R. na samą sprawę; z końcowych słów jego: „Ufajmy, że sąd ten będzie sprawiedliwy, a więc pomyślny” - wnioskują jednak, że zapewne z powodu tych słów Węgrzy podnieśli wrzawę i spowodowali, że dr R. nie przyjął mandatu.

Na pierw szy rzut oka cała ta wiadomość wygląda' niezrozumiale i dziwacznie. Korespondent nasz, wezwany do tego przez redakcyę, która o wyborze d-ra Rotta na superarbitra dowiedziała się właśnie z pism galicyjskich, udaje się do doktora Rotta, zaznaczając wobec niego z góry (jak to dosłownie napisał także w sprawozdaniu swem w Tygodniku), że: „rozumiejąc trudne jego i drażliwe położenie, a nie chcąc bynajmniej osłabiać ani narażać jego stanowiska, nie myślimy domagać się od niego wyjaśnień w sprawie spornej, ani też wyciągać jego zapatrywań na sprawę, lecz idzie nam (to jest pismu naszemu. P. R.) tylko o zaznajomienie go ze społeczeństwem naszem.

"

Po tem wyjaśnieniu zostaje przyjęty, otrzymuje własnoręcznie przez d-ra R. skreślone daty z jego życia i fotografię wyraźnie dla ogłoszenia w Tygodniku, rozmawia z nim chwilę, jedynie jako z wysokim dostojnikiem, i dzieli się potem z czytelnikami naszymi wrażeniem swem o doktorze R., jako człowieku.

I to ma być powodem nieprzyjęcia mandatu przez d-ra R.! Rzecz nie do wiary. Wiadomość ta wydawałaby się w prost humorystyczną, gdyby się nie ściągała do spraw y tak poważnej.

Być może, iż komuś zależy z jakichś głębszych powodów na rozpowszechnianiu tej opowieści, nie wystarczy to jednak za rzeczowy argument, a pismo nasze nie może przyjmować na siebie bezpodstawnie odpowiedzialności za przedłużenie się sporu o „Morskie Oko.“ Staraliśmy się też poinformować bliżej w tej prawie, a informacye potwierdzają powyższe wrażenie. W kolach parlamentarnych w Wiedniu nikt nie bierze na seryo tego argumentu. Według pogłosek, krążących w tych kolach, prawdą ma być tylko tyle, że podobno doktor R ott opowiadał posłowi austro-węgierskiemu w Bernie o wizycie „polskiego dziennikarza,“ a ten powtórzył to w swej relacyi zupełnie zresztą bez uwag.

Już to wyda się każdemu dziwnem, że tak podrzędny szczegół dostał się do relaecyi posła. Natomiast podobno poseł jest wogóle zdania, że niepotrzebnie wiadomość o wyborze d-ra R otta dostała się do dzienników węgierskich, a z nich do wychodzących w Austryi, nim dr R. miał sposobność oświadczyć, czy urząd przyjmuje - temu zaś nie jest winien Tygodnik.

Dalej dr Rott ma być istotnie cierpiącym, podobno na żołądek, i kilkotygodniowa podróż, zwłaszcza w Tatry i nad „Morskie Oko,“ byłaby zbyt utrudzająca dla jego "zdrowia. Może nie były też całkiem bezpodstawne doniesienia dzienników o trudnościach z powodu kwestyi honoraryum . Wreszcie i to pociecha może największa - zjawiają się także głosy, że podobno nie jest to dla nas nieszczęściem, iż dr R ott nie przyjął mandatu.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 3 strona58

O „MORSKIE OKO."

Dr. Aleksander Tchorznicki, prezydent apelaeyi lwowskiej, arbiter ze strony Austryi dla sporu o „Morskie Oko," bawił w ostatnich dniach w Wiedniu, gdzie zjechał się z arbitrem węgierskim p. Kolomanem Lehoczkym, aby się z nim osobiście porozumieć co do kwestyi wyboru super arbitra. Podobnie jak dr. Tchorznicki ma sobie dodanych referentów dla sprawy „Morskiego Oka:“ profesora Oswalda Balzera (ze strony gal. Wydziału krajowego; i d-ra Wiktora Korna, prokuratora skarbu we Lwowie (ze strony rządu austryuckiegoi, także p. Lehoczky ma dwóch fachowych doradców. Są nimi: sędzia apelaeyi Ludwik Lubań i radca sekcyjny Juliusz Boles.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 9 strona 178

O „MORSKIE OKO."

W sprawie „Morskiego Oka" był przewodniczący stałej komisyi dla tej sprawy, dr Ponikło (z Krakowa), u arbitra d-ra Aleksandra Mniszek-Tchorznickiego, który zapewniał, że na podstawie porozumienia się z arbitrem węgierskim i z prezesem gabinetu austryackiego dr. Koerberem , ma uzasadnioną nadzieję, iż sąd rozjemczy ukonstytuuje się w kilku tygodniach. [Spodziewać się należy,—dodał dr. Tchorznicki— że zebranie się sądu i rozstrzygnięcie spraw y nastąpi w przeciągu kilku miesięcy, a w każdym razie w ciągu bieżącego roku.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 12 strona 239

SPOR O MORSKIE OKO.

Trybunał rozjemczy dla sprawy o „Morskie Oko,“ którą w swoim czasie obszernie w Tygodniku opowiedzieliśmy, jest już złożony; mianowicie, obaj arbitrowie: dr. Aleksander Tchorznicki (ze strony Austryi) i Koloman Lehoczky (ze strony Węgier), gdy dr. Rott nie przyjął wyboru na superarbitra, dokonali nowego wyboru, a nowy superarbiter wybór przyjął. Jest nim, jak donosi Czas krakowski, p. Winkler, kolega d-ra Rotta, obecny prezydent sądu federacyjnego w Lozannie. Przypominamy, że gdy nasz korespondent szwajcarski miał rozmowę z d-rern Rottem, ten zastrzegał się, że nie wie, czy wybór przyjmie, ale przyjąłby go, gdyby wybór padł na prezydenta sądu federacyjnego, a on nim w danej chwili był właśnie; obecnie zaś prezydentem już nie jest. Otóż sprawa, po nieprzyjęciu mandatu przez d-ra Rotta, poszła drogą właśnie wówczas przez niego w prywatnej rozmowie wskazaną; mianowicie, obaj arbitrowie udali się za pośrednictwem wiedeńskiego ministra spraw zagranicznych do prezydenta Szwajcaryi z prośbą, aby mianował superarbitra, a prezydent Republiki, czyniąc zadość tej prośbie, wyznaczył prezydenta sądu związkowego w Lozannie, którym obecnie jest p. Winkler. Jest więc nadzieja, że w stosunkowo krótkim czasie wiekowy spór będzie rozstrzygnięty. Oby wyrok jego był dla nas pomyślny!

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 14 strona 278

SPOR O MOBSKIE OKO.

Członkowie sądu polubownego w sprawie Morskiego Oka, mianowicie: superarbiter dr. J a n Winkler, oraz arbitrowie: dr. Aleksander Tchorznicki (ze Strony Austryi) i Koloman Lehoczky (ze strony Węgier), mają wkrótce się zjechać na konferencyę ogólną względem rozmaitych kwestyi przedwstępnych, tudzież wyboru czasu i miejsca dla obrad merytorycznych. Superarbiter dr. Winkler, urodzony w r. 1845, był w latach 1898 do 1901 prezesem szwajcarskiego Towarzystwa prawniczego, od r. 1893 jest członkiem a obecnie prezydentem szwajcarskiego Trybunału związkowego w Lozannie, był też już nader często powoływany przez rozmaite państw a do polubownego rozstrzygania sporów międzynarodowych, jak np. niedawno znanego sporu między Anglią a Portugalią o zatokę Delagoa; był również sędzią polubownym w sporze między Włocham i a Peru co do interpretacy i traktatu z roku 1874 tyczącego się wzajemnego wykonywania wyroków cywilnych. Jest znany także jak o autor cennych prac naukowych. Jak czytelnikom naszym już wiadomo, arbiter ze strony Austry i ma sobie dodanego do pomocy w charakterze referenta d-ra Wiktora Korna, oraz delegata gal. Wydziału krajowego prof. O swalda Balzera, arbiter zaś ze strony Węgier referenta d ra Ludwika Labana i radcę Juliusza Boles.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr27 strona 279

SPOR O MORSKIE OKO.

W Wiedniu odbyły się w d. 5 i 6 kwietnia pierwsze konfereneye sądu polubownego w sprawie Morskiego Oka. W posiedzeniach sądu wzięli udział w tym celu osobno przybyli do Wiednia: superarbiter dr. Winkler, arbiterze strony Austryi dr. Aleksander Tchorznicki i arbiter ze strony Węgier Koloman Lehoczky. Sąd ukonstytuował się i powziął uchwałę co do sposobu postępowania i co do całego szeregu kwestyi formalnych. Wedle zapadłej uchwały, będzie przeprowadzona rozprawa ustna i jawna, z dopuszczeniem zatem także sprawozdawców pism. Na rozprawie obrońcy ze strony Galicyi i Węgier złożą sądowi ustnie swe wywody; zapewne także odbędzie się wizyta lokalna w okolicy Morskiego Oka. Sąd zbierze się prawdopodobnie d. I6 sierpnia w jednem z większych miast poza obrębem tak G alicy i, jak i Węgier; sąd będzie miał oddany sobie do dyspozycyi obszerny lokal, w którym bezpiecznie mogłyby być złożone w szystkie akty sporu. Rozpraw a potrwa zapewne do końca września.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr27 strona 579

O MORSKIE OKO.

Rozprawa o Morskie Oko przed sądem polubownym, dla tej kwesty i spornej delegowanym (superarbiter dr. Winkler, arbitrowie: dr. Aleksander Tchorznicki i Koloman Lehoczky; referent ze strony Galicyi dr. Wiktor Kora, obrońca z ramienia gal. Wydziału Krajowego prof. Oswald Balzer; ze strony Węgier: referent p. Lapal, obrońca p. Boles), rozpocznie się dnia 19 sierpnia b. r. w Gracu, w gmachu sądu przysięgłych. Rozprawa potrwa zapewne kilka tygodni I będzie ustna i jawna; zatem wstęp dla publiczności dozwolony. W toku rozprawy będą prawdopodobnie przedsiębrane oględziny spornego terytoryum, co jednak zależy od uchwały, którą sąd poweźmie po rozpatrzeniu sprawy

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr31 strona 619

MORSKIE OKO.

Rozprawa sądowa o Morskie Oko rozpocznie się stanowczo 13 sierpnia r. b. w Gracu i potrwa około 14 dni. Udział w rozprawie, oprócz dwóch sędziów i superarbitra, wezmą referenci, z których każdy sędzia będzie miał przeznaczonego Jednego. Nadto z ramienia galicyjskiego wydziału krajowego i rządu węgierskiego delegowani będą dwaj obrońcy. Sędziami są, jak wiadomo, prezydent wyższego sądu krajowego we Lwowie dr A. Tchorznicki i prezes apelacyi w Preszburgu p. Lichoczky. Superarbitrem jest prezydent trybunału związkowego w Lozannie dr Winkler. Jako referent będzie przeznaczony dla galicyjskiego sędziego prokurator skarbu we Lwowie dr Wiktor Korn. Obrońcą z ramienia galicyjskiego wydziału krajowego będzie prof. uniwersytetu lwowskiego dr Oswald Balcer, ze strony rządu węgierskiego radca sekcyjny p. Bolce. Z Gracu cały trybunał z referentami i obrońcami uda się przez Kraków do Morskiego Oka, gdzie przedsięweźmie oględziny na miejscu, poczem pojedzie do Szmeksu (Tatra-Fured), gdzie prawdopodobnie będzie wydany wyrok. Na rozprawę sądową do Gracu wyjeżdża kilkunastu dziennikarzy galicyjskich, węgierskich i niemieckich.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr32 strona 624

Jest to fragment artykułu/zajawka. Artykuł zawiera genezę sporu i historię terenu w około Morskiego Oka. Cały artykuł ma 8 stron. Na dalszych dwóch stronach są zdjęcia do artykułu. Razem jest to 10 stron. Artykuł jest dostępny pod linkiem -->LINK<--. Zapraszam do jego przeczytania.

Zatarg z Węgrami o Morskie Oko. - Dr Stanisław Eljasz Radzikowski

Z przepięfenjch stawów najpiękniejsze jezioro, śnie duszy zaklęty w granity skat, w błękit wód, w przezrocze nieba, w nikłość mgły, w szał burzy, nasze Morskie Oko! jak byłoś nasze, bądź nasze na wieki!"

I gdyby Morskie Oko przemówiło, rzekłoby pewnie: „Chcę być wasze, bo miła mi mowa wasza, której się nasłuchałom przez wieki, bo miła mi miłość wasza, której dajecie dowody, którą wpajacie dzieciom waszym, i z którą bronicie mnie od obcych!

W ten zakątek, jak gdyby przeznaczony, aby w mm panowała piękność i prawda, tu, gdzieby się zdawało, że nigdy nie dotrze namiętność ludzka, chęć cudzego mienia, rozbój ukryty w fałdy legalności pnnBtwowej, weszły i one, weszły i, urągając prawdzie, nawet zwyciężyć próbują.

Obszar sporny u Morskiego Oka

Ośmnaście już lat czoło społeczeństwa galicyjskiego, zasępia i troską orze sprawa Morskiego Oka, ośmnaście lat nie schodzi z łamów pism, z dyskusyi publicznych, z obrad zgromadzeń, chwilami zaognia się, a wówczas społeczeństwo wola zniecierpliwione: Dopókiż to będzie? Kiedyż sprawiedliwości stanie się zadość?”

Już to samo przejęcie się sprawą, które owładnęło społeczeństwem, poruszyło wszystkich bez wyjątku, jakichkolwiek byli przekonań, odcieni i stronnictw, dowodzi, że dzieje się krzywda wielka i niesprawiedliwość, i że my jej przenieść nie możemy, a jednomyślny głos wola zgodnie do obrony zagrożonego przez przemoc obcą kawałka Tatr naszych.

Resztki sympatyi, jakie jeszcze pozostały w nas dla narodu węgierskiego, musiały prysnąć, stosunek urobiony przez wieki pożycia sąsiedzkiego, naraz zerwał się, a gdybyśmy jeszcze byli skłonni do złudzeń, zdaje się, że wypadki ostatnich miesięcy chybaby nas już doszczętnie od nich uwolniły.

Żadnych złudzeń! Mamy przed sobą przeciwnika, który się nie cofnie przed żadnym środkiem, aby tylko postawić na swojem, który się ani chwili nie wahał, czy mu się godzi narażać na szwank stosunek narodów sąsiednich, zdziałany wiekami wspólnej nieraz historyk.

Jak dziecko, chociaż kochane, gdy zachoruje, otacza tem większą troskliwością rodzina, tak w chwilach zagrożonego posiadania Morskiego Oka wzrosło i przywiązanie ku niemu. Wzrosło liczebnie i jakościowo, bo coraz szersze kręgi zatacza w społeczeństwie, które zajmuje się niem głębiej, dokładniej, staranniej.

Widok w stronę Mnicha z ponad miejsca, gdzie stał dom żandarmów węgierskich, spalony w roku 1801. Widać ławki, koło których wznosił się drąg z Hagą Węgier, porąbaną i spaloną przy pożarze domu. Fot. Walery ZljoszPrzedewszystkiem zyskała wiele przytem ogólnem zajęciu, jakie wzbudziła sprawa sporu, historya Morskiego Oka i całej z niem złączonej okolicy. Możeby nigdy nie przyszło, a gdyby przyszło, to pewnie znacznie później, do przeszukania wszelkich źródeł historycznych z czasów dawno, ubiegłych, do przewertowania archiwów i bibliotek, przyczem odkryła się niejedna rzecz ważna dla poznania przeszłości Tatr i Podtatrza, a padło nawet światło na dzieje Rzeczypospolitej w chwili jej upadku.

Po raz pierwszy bowiem rozjaśniła się ciemna dotychczas doba, poprzedzająca pierwszy rozbiór Polski, i pokazało się, że już na dwa lata przedtem Austrya, nie zadowalając się zaborem Starostwa Spiskiego, zagarnęła przemocą Nowotarszczyznę i Sandeczyznę, zaczynając w ten sposób podziały państwa Polskiego.

Wyszły na jaw z tajnycli dotychczas archiwów wiedeńskich krętactwa polityczne, które miały na celu zachwianie dawnych, wiekami uświęconych granic terytoryalnych. Pokazało się przytem, że Austrya, działając taką bronią podstępu i przebiegłości, miała już w taktyce swej mistrzów i poprzedników o wiele dawniej, że mianowicie Węgrzy oddawna i nieustannie wdzierali się w Tatry i w Podhale, wyzyskując każdą ku temu nadarzającą się sposobność.

Wypadki ostatnich miesięcy wszyscy żywo mamy w pamięci, jako Węgrzy przemocą wdarli się nad Morskie Oko, urągając sprawiedliwości, łamiąc nawet własne sejmowe uchwały, mocą których rozstrzygnięcie zatargu oddali sądowi rozjemczemu.

Społeczeństwo drgnęło całe, ozwało się potężnym głosem protestu i myśli naweto samoobronie. Tylko stanowisko silne, zjednoczone w działaniu może pomódz, aby sprawa raz się zakończyła zwycięstwem słuszności. Dużo możemy zrobić wpływom opinii powszechnej, jak i to, cośmy dotąd w tej sprawie zdziałali korzystnego, stało się tylko wskutek głośnego wołania społeczeństwa, z którem się w końcu muszą liczyć władze.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr35 strona 697

O „MORSKIE OKO.”

Była to chwila uroczysta i w najwyższym stopniu zarazem naprężająca, gdy do wielkiej sali rozpraw trybunału sędziów przysięgłych w Gracu wchodził w dniu 21 sierpnia o godzinie 1 0 z rana sąd rozjemczy, mający wydać ostateczny wyrok w odwiecznym sporze 0 „Morskie Oko.” Mimowolny niepokój, na przemian nadzieje i obawy, miotały każdem sercem polskiem, które w owej chwili znalazło się tam w tej sali i w tern mieście, będącem środowiskiem „wszechniemieckiej” buty w dzierżawach Austryi, a tak obojętnem na przebieg procesu. Wszak oto losy tej perły Tatr złożono nieodwołalnie już w ręce tego trybunału, i z otwarciem jego narad zbliża się chwila, w której niepewnościom kies ma być położony. Ufność jednak w dobrą sprawę i zaufanie do tego trybunału, który właśnie wchodził na salę, pozwoliły się nam wnet otrząść z niemiłych myśli i obaw. W trybunale zasiadają przecież tak z.nakomici nasi sędziowie, prawnicy, uczeni, jak arbiter, prezydent dr Tchorznicki, jak referent, prokurator dr Korn, jak obrońca praw kraju (Galicyi), profesor Oswald Balzer: trybunałowi temu przewodniczy nadto tak wytrawny i rozumny sędzia, tak świetny jurysta, jak prezydent trybunału związkowego w Lozannie, dr Jan Winkler. Zresztą i Węgrzy wysłali w swoim arbitrze p. Kolomanie Lehoczkym, w swoim referencie pan Labanie i obrońcy p. Bolcs'u, w prawdzie niewątpliwie zdecydowanych rzeczników swego stanowiska, ale i ci mężowie, jako światli prawnicy, nic będą mogli upornie sprzeciwiać się sprawiedliwości tam, gdzie za nią przemawiać będą prawda historyczna i prawo. Czyżby to oczekiwanie miało być tylko złudzeniem?

Oto już za obszernym stołem, z po za którego padają zazwyczaj wyroki „w imię cesarza Austryi i króla Węgier," ferowane przeciw prawdziwym złoczyńcom i Jean Valjean’om z „Nędzników" Wiktora Hugo, zasiadł w pośrodku dr Winkler, mając po prawej ręce dr. Tchorznickiego i d-ra Korna, oraz d-ra Balcera, a po lewej pp. Lehoczky’ego, Labana i Bolcs‘a. D r Winkler, sympatyczna postać czerstwego starca napoły uczonego, a napoły typowego „przeciętnego” Szwajcara z , Bernerlandu,” bystro spogląda po audytoryum, niezbyt licznem a przeważ nie polskiem, i każdym ruchem, i spojrzeniem składa dowód, że chce opanować i utrzymać w ryzach, wedle zasad międzynarodowych sądów rozjemczych, całe zgromadzenie i całą rozprawę. Prezydent Tchorznicki, pełen powagi, wytworności, owej elegancyi i uprzejmości uprzedzającej, po za którą kryje się wielka stanowczość i nieugiętość, mężczyzna wyniosłej postawy, już także siwy, ale trzymający się prosto i przy siwiźnie swej prawie młody, choć zapewne minęła mu już dawno pięćdziesiątka, (portret dr Tchorznickiego podał Tygodnik w swoim czasie), również bacznie przysłuchuje się całemu tokowi rozprawy. To samo należałoby powtórzyć o każdym z członków sądu. Referent dr Korn, który prowadzi zarazem protokół rozprawy powierzchowność także ujmująca jest to widocznie niezwykle bystry prawnik: prof. Balzer zaś to typ znakomitego uczonego w najlepszem rozumieniu pojęcia, i równocześnie przejęty najgoręcej losem powierzonej sprawy rzecznik, Portret d-ra Balzera również był w r. z. umieszczony w Tygodniku).

Arbiter węgierski, p. Lehoczky, to typowy biurokrata, co większa jakby angielski wyższy wojskowy na emeryturze. Słusznego wzrostu, stara się trzymać prosto, ale wiek i spędzone w pracy nad biurem długie lata protestują przeciw temu, stąd jego w postaci jak gdyby ciągła walka między starością a daremnemi usiłowaniami odsunięcia jej na później. Wyelegantowany zresztą a gualre eprmjles. P. Laban, słuszny, z ciemnym zarostem, uprzejmy i pełen temperamentu, oraz kontrast tamtego: jasny blondyn i dosyć okrągły a nizki p. Bolcs—dopełniają składu trybunału.

W audytoryum przeważają Polacy. Jest tutaj właściciel Zakopanego, hr. Władysław Zamoyski, i profesor uniwersytetu bradeckiego dr (Lumplowicz, i poseł dr Włodzimierz Kozłowski, i przedstawiciele Towarzystwa tatrzańskiego, dr Bednarowski i dr Kt. Eljasz-Radzikowski, jest kilka innych osób z kraju, oraz last not least grono polskich dziennikarzy (z Warszawy dr Rabski). Z węgierskich dziennikarzy nie przybył żaden; wogóle Węgrzy jak gdyby z rozmysłu nie okazują zgoła zainteresowania się procesem i robią minę, jak gdyby chcieli rzecz całą zbagatelizować!

Los miał oznaczyć kolej, w której przemawiać będą referenci i, los padł na Węgrów. Po naszej stronie z zadowoleniem przyjęto to zrządzenie losu, bo Węgrzy odsłonić muszą prędzej swoją broń i taktykę, a wrażenie wywodów naszych referentów będzie mogło być potem tem silniejsze.

Dotychczas przewidywania te się potwierdziły. Przez pierwsze dwa dni rozprawy, pp. Lehoczky i Laban naprzemian starali się uzasadnić pretensye Węgier — więcej temperamentem i krewkością swych apodyktycznych twierdzeń, aniżeli pozytywnymi argumentami. Ponieważ p. Lehocz.ky męczy się prędko, przeto starca wyręczał przeważnie jego młody „szef sztabu.” Główna istota argumentacyi węgierskiej i żądań węgierskich streszcza się w następujących punktach:

  1. Nie ulega wątpliwości, — zdaniem rządu węgierskiego, względnie jego arbitra — iż rzeka Białka jest w całym biegu, począwszy od samego początku aż do ujścia do Dunajca, z wyjątkiem małego kawałka koło Uj-Bela (Nowa Biała) faktyczną i prawną granicą Austrii i Węgier.
  2. Nie ulega wątpliwości, że obszar zawarty między faktyczną granicą państw a a linią, do której rości sobie prawo rząd austryacki (czytaj Galicya i Polacy), obecnie uważany za sporny, zawsze (!?) należał do Węgier.
  3. Nie ulega wątpliwości, że granica, utworzona przez bieg Bialki od jej początku pod Rysami aż do połączenia z Białą Wodą. jest równocześnie prawną granicą obu państw, i że obszar, leżący między faktyczną granicą państwową a linią, do której rości sobie pretensyę Austrya (t.j . Galicya, Polacy), uważany za sporny. także prawnie należy do Węgier.

Twierdzenia te i żądania brzmią, jak widzimy, bardzo kategorycznie, ale na poparcie ich referenci węgierscy nie potrafili przytoczyć żadnego nowego argumentu pozytywnego. Wywody swe opierają oni na znanym układzie między Olbrachtem Laskim a Paloczajem (r. 1589), w którym to układzie, jak wiadomo, mowa jest także o „Stawie Rybnym," a ponieważ Laski, zawładnąwszy pastwiskami w Tatrach, przyłączył je do innych swych dóbr po stronie węgierskiej, przeto i Morskie Oko (Staw Rybny) miałoby do Węgier należeć. Potem wytaczają Węgry protokół o zatargu granicznym z r. 1834, z którego wynikałoby, że granica ciągnęła się przez środek Czarnego Stawu i Morskiego Oka: ale superarbiter dr Winkler stwierdził natychmiast, że protokół ten, uważany przez Węgrów za „bezwarunkowo autentyczny," nie ma podpisów reprezentantów Galicyi. Fakty, że sporne terytoryum rząd austryacki zaciągnął w r. 1824 do inwentarza posiadania Homolacza, który wówczas kupił te domeny od rządu austryackiego, oraz że tenże rząd wymierzył od tego terytoryum i pobierał podatek, a więc widocznie uważał terytoryum za należące do Galicyi, nie znaczą nic w oczach Węgrów, bo oni nie uznają tego inwentarza, a naukowe źródła, korespondencye i mapy węgierskie, korzystne dla Galicyi, tłómaczą „widoczną omyłką." Nie uznają także za naukowe twierdzenia głośnego badacza Tatr Kolbenbeyera (nie PolakaM, który twierdzi, że potok, wypływający z Morskiego Oka, wpada do Białki, a zatem Białka jest inną rzeką i nie przechodzi przez środek Morskiego Oka. nie uznają zaś dlatego, ponieważ nie obchodzi ich, co jest w trzeciem wydaniu dzieła Kolbenbeyera i Hohe Tatra), w którem znajduje się ten wywód, lecz tylko to co jest w pierwszem i drugiem wydaniu, gdzie tego wywodu niema. Natomiast przywiązują ogromne znaczenie do znanych, stronniczych map Seegera i Toreka, oraz do mapy z r. 1793, mającej potwierdzać ich wywody; argumenty te jednak naturalnie nie mogły przemówić do przekonania przeciwnej strony.

Od tych wywodów, tak przystosowanych do stronniczego stanowiska Węgrów w tej sprawie, odbijały ogromnie wywody arbitra naszego, d ra Tchorznickiego, który ujął swój ściśle rzeczowy referat w postać broszury o 65 stronnicach, i na posiedzeniu sobotniem przystąpił do ich przedstawienia. Bardzo jasne, ścisłe i przekonywające te wywody wyprowadzały też Węgrów chwilami z równowagi. Kilka razy usiłowali oni osłabiać wrażenie historycznych dokumentów, przez d-ra Tchorznickiego nagromadzonych, a gdy arbiter nasz wykazał na podstawie aktów, że całe terytoryum aż po źródła Popradu należało do Polski, Lehoczky zirytowany zawołał: „To już za dużo!" (Das ist ja zuweitschweifend) Polacy zachowali jednak spokój i nie dali się porwać pokusie reagowania na tę niewłaściwą uwagę.

Trochę inaczej już też Węgrzy za patrują się na sprawę i mniej są pewni swego, a wyrazem tego mogą być niestwierdzone zresztą pogłoski, jakoby dążyli do załatwienia sprawy w sposób kompromisowy.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr36 strona716

O „MORSKIE OKO”

Już drugi tydzień rozprawy. Prasa codzienna podaje obszerne, krok za krokiem sprawozdania o je j przebiegu, tutaj ograniczę się zatem tylko streszczeniem, naszkicowaniem głównych zarysów rozprawy od ubiegłej soboty, oraz zanotowaniem kilku ważniejszych wrażeń refleksji.

Po wywodzie węgierskim, który zajął posiedzenia czwartkowe i piątkowe (21 i 22 sierpnia) w zeszłym tygodniu, nastąpił wywód polski. Prezydent Tchorznicki przygotował go dodruku i rozdał członkom trybunału, (jest to broszura o 65 stronach, drukowana w formacie in folio) a w wykładzie ustnym przeszedł na przemian z koreferentem, radcą dworu d-rem Kornem, cały materyał, wyjaśniając i komentując szczegółowo punkt po punkcie. Referat d-ra Tchorznickiego był podzielony według materyi na siedem części: przedmiot sporu, wstęp historyczny, historya sporu, literatura, mapy, kataster i opodatkowanie spornego terytoryum, w końcu krótka historya nabycia Zakopanego przez br. Władysława Zamoyskiego i zaprowadzenia ksiąg gruntowych. Wywód ten zajął posiedzenie: sobotnie (d. 23 sierpnia), niedzielne, poniedziałkowe i wtorkowe; we środę zaś arbiter dr Tchorznicki zreasumował jeszcze krótko cały swój wywód i określił stanowisko reprezentowanej przezeń strony sporowej, t. j . Austryi, a właściwie Galicyi, w tym procesie rozjemczym. W tym „resume” wskazał dr Tchorznicki, że rząd austryacki uważa za swój obowiązek bronić i pilnować całości prowincyi, którą pozyskał na mocy traktatu warszawskiego z r. 1773 od Królestwa Polskiego. Rząd musi dalej bronić polskiej ludności, zamieszkującej ten kąt prowincyi, który się styka z Węgrami, a szanując uczucia narodu polskiego, musi ochraniać „perłę Tatr” od uroszczeń Węgier.

Arbiter wskazał następnie dokumenty historyczne, dowodzące, że sporne terytoryum (a nawet obszar jeszcze znaczniejszy, aż do źródeł Popradu' należy do Galicyi; zaznaczył, że stwierdzają to samo także rozliczne mapy, nawet węgierskie (na 48 przedłożonych map, z rozmaitego czasu i rozmaitego pochodzenia, 27 przemawia bezwarunkowo za nami, tylko 11 za Węgrami); podniósł, że przemawiają za tein także dwa tak stanowcze czynniki, i zarazem objawy) jak wykonywanie zwierzchnictwa państwowego ze strony Austryi, oraz pomiary katastralne i opodatkowanie Ponieważ Węgrzy oparli swoje dowodzenie głównie na trzech argumentach, jakoby za nimi przemawiających, t. j . na kontrakcie kupna Paloczaja z w. XVI, na orzeczeniu fiskusa galicyjskiego z lat 1798—94 i na układzie prywatnym między Paloczajami a Homolaczami z r. 1858, przeto arbiter polski wykazał, że pominąwszy zarzuty formalne, przeciw kontraktowi Paloczaja przemawiające, Węgrzy sami przyznają, iż w r. 1625 opuścili sporne terytoryum, i że aż do rozbioru Polski panowanie polskie na tem terytoryum trwało nieprzerwanie; dalej, że orzeczenie fiskusa galicyjskiego zawiera wiele sprzeczności, gdyż raz mówi o granicy „mokrej,” t. j. przez Czarny Staw i Morskie Oko, innym razem zaś o granicy przez Polski Grzebień, a zatem już z tego powodu nie może potwierdzać argumentacyi węgierskiej -zresztą miało ono uzasadnić zaborcze plany ówczesnego rządu austryackiego, do tego celu służyły mapy Seegera i Toroka, a na tych mapach ono się opierało, wreszcie jest ono nie podpisane i stanowi właściwie tylko tak zwany „koncept kancelaryjny." Prywatny zaś układ między Palaczajami a Homolaczami z r. 1858 nie mógł przecież zmieniać granic państwa, jak wogóle prawo prywatne nie zmienia prawa międzynarodowego. W końcu zaznaczył jeszcze dr Tchorznicki, że do r. 1858 Węgrzy nie wykonywali żadnego prawa zwierzchnictwa na spornem terytoryum, a do tego czasu czynią to wprawdzie, ale bez żadnego tytułu prawa międzynarodowego, t. j poprostu przez nieprawną uzurpacyę.

Argumentacya ta wywarła tak silne wrażenie spokojem, ścisłością i rzeczowością swoją, iż obrońca Węgier, dr Boelcs, prosił o odroczenie rozprawy do następnego dnia, aby mógł się odpowiednio przygotować. Tak więc posiedzenie środowe trwało nie wiele więcej nad godzinę.

We czwartek przemawiał p. Boelcs, sucho, bez zapału, choć nadrabiając wielką pewnością siebie. Zadanie swoje - można to powiedzieć bez obawy o narażenie się na zarzut przesady pojął on, a podobnie także węgierscy referenci wogóle, jak pojmuje adwokat. Sądząc, że potrafi przemówić do przekonania sędziów przez lekceważenie argumentów przeciwnika, po prostu negował tylko wywody referatu galicyjskiego, nie starając się argumentacyi tej bliżej rozpatrzyć, ani też swoich zaprzeczeń ściślej udowodnić. Owo orzeczenie fiskusa galicyjskiego z r. 1798 jest dla niego „ważnym dokumentem," mimo wszystkich wykazanych przez d-ra Tchorznickiego sprzeczności i mimo braku podpisów, bo „wówczas był zwyczaj podpisywać protokóły dopiero przy końcu wszystkich rozpraw, a do tego nie przyszło," gdyż ową komisyę rozwiązano! Dzieła i zdania autorów prywatnych nic go nie obchodzą; mapa, chociaż wydrukowana w węgierskiej drukarni państwowej, nie stanowi dla niego żadnego dowodu, bo nie napisano na niej, że wydał ją rząd węgierski; pomiary katastralne t. zw. Józefińskie, były dokonane „bez wiedzy i zezwolenia Węgier, są więc nieważne," zresztą „Węgrzy sobie sami zrobili kataster,” i t. p.! Granica, prowadzona środkiem jezior, jest dla niego „naturalną," naturalniejszą, niżeli granica, prowadzona grzbietem gór! Znalazł jednak jeden dowód—oto list wice-żupana komitatu Spiskiego z r. 1823, który donosił, że prezydent ówczesnych „stanów galicyjskich," hr. Stadnicki, napisał mu, aby się postarał o odpowiednie przyjęcie dla arcyksięcia Franciszka na dzisiejszem terytoryum spornem. Tymczasem listu tego p. Boelcs nie mógł okazać, a zapomniał, że podobnie jak jest zwyczajem, iż gdy władca państwa bawi w pobliżu granicy, państwo sąsiednie wysyła na powitanie go swego przedstawiciela, tak analogicznego postąpienia ze strony rządu węgierskiego domagał się w tym wypadku hr. Stadnicki, jest to zatem dowód właściwie przeciw Węgrom, nie zaś za nimi świadczący.

Po tej, niespełna dwugodzinnej przemowie, i po krótkiej przerwie, która teraz nastała, zabrał głos obrońca z naszej strony, prof. dr Balcer. Było to we czwartek około południa, obecnie jest wieczór sobotni, a prof. Balcer, mimo teraz już dwukrotnych dziennie posiedzeń, jeszcze nie skończył mówić; jutro, w niedzielę, o godz. 2 po południu trybunał zbierze się znowu Da posiedzenie, na którem prol. Balcer ma przemowę swą ukończyć. Wobec takich rozmiarów jego przemowy, niepodobna nawet marzyć o tem, abym mógł dać tu dzisiaj bodaj w przybliżeniu pochód główniejszych tylko myśli i dowodów prof. Balcera; muszę się ograniczyć zatem najogólniejszemi uwagami.

Obrona prof. Balcera to w swoim rodzaju arcydzieło, na które złożyły się: wielka nauka, znakomita erudycya, wielka siła przekonania, bystrość ogromna, pozwalająca obrońcy ogarnąć w tej chwili znaczenie, doniosłość i perfidyę argumentacyi przeciwnika, oraz wreszcie gorące przejęcie się sprawą i wielka dla niej miłość. Profesor Balcer, jak przystało na autora „Genezy trybunału koronnego" i „Genealogii Piastów," ujął rzecz swą w formie ścisłego systemu, pewnej metody dowodzenia i, nie dając się niczem od raz wytkniętego kierunku w swem dowodzeniu odciągnąć, szedł krok za krokiem, rozpatrywał najdrobniejsze wątpliwości, roztrząsał je wszechstronnie, nicował argumenty przeciwnika i dochodził zawsze do konkluzji: wszystkie dowody węgierskie nic nie warte, a miejsce tych dowodów zajmują nasze! Obrona, wygłoszona ze spokojem, ale z błyskiem siwych, stalownych oczu i z wielką siłą, robiła wrażenie nadzwyczajne. Prof. Balcer nie darował Węgrom ani jednego drobiazgu, a mówił tak przekonywająco, że potrafił zainteresować i pociągnąć nawet niemieckich słuchaczów, którzy tu częściej teraz zaglądają, niż początkowo. Mamy nadzieję, że tem mniej potrafi oprzeć się wrażeniom tych wywodów superarbiter dr Winkler, który sam uczony i biegły w prawie, umie tem lepiej ocenić wartość poważnej argumentacyi, zwłaszcza w porównaniu z taką chełpliwą a płytką argumentacyą, jak węgierska.

Profesor Balcer zaczął od cytaty z dzieła Hacqueta (niemieckiego), który powiedział: „Jak to źle, gdy natura sama zakreśliła granice, a ludzie, dając się uwodzić hasłu „meum" i „tuum," nie zważają na nie." Obrońca zaraz przeszedł do kwestyi granic; wykazał, że naturalnemi są raczej granice utworzone przez grzbiety gór, aniżeli przez wodę, a więc w tym wypadku przez Polski Grzebień, nie przez stawy, scharakteryzował zaznaczoną wyżej metodę dowodzenia ze strony węgierskiej gołosłownemi twierdzeniami lub zaprzeczeniami, a potem, sięgając wstecz do dawnych stuleci, po kolei, okres za okresem, aż do czasów najnowszych, przechodził rozmaite fazy sprawy, rozbierając kwestyę posiadania dziś spornego terytoryum w owych czasach i rozmaite inne kwestye, tudzież nasuwające się przy tej sposobności argumenty i „dowody" węgierskie.

Nie znam jeszcze w tej chwili, wobec tego, że dr Balcer jutro dopiero ma ukończyć swe wywody - ostatecznych konkluzyi naszego obrońcy, ale to pewna, że dzięki jego i naszych referentów postawie dotychczas moralne zwycięstwo jest po naszej stronie; czy zamieni się ono także w formalne, materyalne, o tem dowiemy się naturalnie dopiero z wyroku, ale społeczeństwo polskie powinno być zadowolone ze sposobu, w jaki jego reprezentanci w trybunale rozjemczym pojęli i przeprowadzili swe zadanie. W prasie codziennej odzywały się głosy, krytykujące „przesadną bezstronność" i nawet „biurokratyzm" naszych referentów, arbitra d-ra Tchorznickiego i koreferenta d-ra Korna. Zarzut to zupełnie niesłuszny. Obaj nietylko poświęcili wszystkie wolne chwile ostatnich kilku lat na przestudyowanie i najdokładniejsze poznanie aktów sprawy, nie tylko ją sami gorąco czującymi obywatelami kraju, którym rezultat sprawy leży bardzo gorąco na sercu, lecz także zajęli stanowisko jedynie właściwe. Przedewszystkiem statut, przez sąd polubowny uchwalony, nakłada na referentów obowiązek zachowania ścisłej przedmiotowości; to, że Węgrzy tak nie robią, nie uwalnia polskich członków trybunału od ich obowiązku, zwłaszcza że miotanie się ich za przykładem Węgrów żadnej korzyści nie przyniosłoby naszej sprawie i w niczem nie zdołałoby przekonać superarbitra Winklera, o którego jedynie przekonanie tu właściwie idzie, od jego wotum bowiem cały rezultat procesu zależy. Przeciwnie, tego rodzaju człowieka, jak dr Winkler, przekonać może tylko przedmiotowość, spokój i słuszna argumentacya; to wszystko zaś dają mu polscy referenci. Prof. Balcer zaś już może swobodnie odpierać uroszczenia Węgrów i nie zaniedbał z tego prawa skorzystać w swych znakomitych wywodach.

Wogóle, rzecz zadziwiająca, że Węgrzy tak łatwem sercem zbywają sprawę i tak chcieliby „raz dwa" z nią się uporać: czy naprawdę czują się tak pewnymi siebie, czy też w rzeczywistości nie przywiązują do niej tak bardzo wielkiej wagi?

Po zakończeniu wywodów prof. Balcera, zdaje się zatem w poniedziałek, d. 1 września, trybunał drogą na Kraków i Zakopane uda się nad Morskie Oko, gdzie przeprowadzi wizyę lokalną, i dokąd także powołano profesora politechniki zuryskiej, pułkownika szwajcarskiego sztabu generalnego, Beckera. jako rzeczoznawcę, dla przeprowadzenia pomiarów, aby skontrolować, czy pomiary te odpowiadają pomiarom, przytoczonym w referacie polskim. Będzie to dla rezultatu procesu ważne orzeczenie. Po drodze trybunał zatrzyma się jeden dzień w Krakowie, gdzie członkowie jego zwiedzą pamiątki; w powrocie zaś Morskiego Oka do Hradcu, przez Węgry, zatrzyma się trybunał znowu w Budapeszcie. W Hradcu obrońcy wygłoszą jeszcze swe ostateczne plaidojjer na podstawie przebiegu wizyi lokalnej i pomiarow, poczem na końcu nastąpią obrady arbitrów i superarbitra z wjłączeniem koreferentów i obrońców, wreszcie prezydent Winkler wyda wyrok. Niektórzy przypuszczają, że ponieważ dr Winkler będzie chciał rzecz jeszcze tam dokładnie rozważyć, wyrok zapadnie dopiero po kilku miesiącach.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr37 strona 737

Trybunał wyjechał z Hradcu w poniedziałek, d. 1 września po południu W niedzielę, dnia 31 sierpnia. na posiedzeniu popołudniowem profesor Balcer dokończył swej prawdziwie świetnej obrony . Obrońca miał zamiar przemawiać dłużej, wobec nalegań jednak Węgrów, a w następstwie także d-ra Winklera, streścił mniej ważne części swego plaidoyer, tak, że mógł go dokończyć w niedzielę w dwugodzinnem przemówieniu. Prof- Balcer przemawiał ogółem przez dni cztery, z wielką siłą i ogniem, prawie namiętnością. Obrońca „rozbił wpuch” wszystkie „dowody” węgierskie, w szczególności wykazał, że także ów list marszałka stanów galicyjskich, hr. Stadnickiego, wzywający żupana spiskiego, aby powitał nad Morskiem Okiem arcyksięcia Franciszka (r. 1823) jest dowodem przeciw Węgrom, nie za nimi.

Ostatecznie prof. Balcer, zastrzegając sobie prawo poczynienia pewnych uwag jeszcze w przemówieniu końcowem, po powrocie trybunału z oględzin Morskiego Oka, w ten sposób zreasumował swe wywody i wnioski:

„Ze względu na to, że:

  1. Węgrzy w XVI i z początkiem XVII wieku tylko czasowo posiadali sporne terytoryum, a było to posiadanie faktyczne, nie zaś prawne, Polacy natomiast o wiele wcześniej bo już w XIII wieku byli w posiadaniu tego terytoryum;
  2. że na czas od r. 1624 do 1769 są bardzo liczne dowody posiadania ze strony Polski, ani jednego zaś dokumentu, ani dowodu posiadania ze strony Węgier;
  3. że nawet uznając sprzedaż Homolaczowej Paloczajom, chodzi, tylko o własność prywatną;
  4. że ugoda Homolacs-Paloczaj z r. 1858 uregulowała co najwyżej własność prywatną i nie dotyka granic państwa;
  5. że po r 1858 nie nastąpiła żadna zmiana na korzyść Węgier, które też żadnego prawa do terytoryum spornego nie mają;

Wnoszę:

„Wysoki sąd rozjemczy raczy całe sporne terytoryum, złożone z parcel 2538, 2538, 2539, 2540 i 2541, od szczytów Rysów na dół przez Potok Rybi aż do grzbietu Żabiego i ujścia Potoku Rybiego do Białki przyznać Galicji.”

Następnie prezydent Winkler zamknął obrady, oznajmiając, że dowodu ze świadków nie domaga się żadna ze stron, że jednak trybunał uchwalił przedsięwziąć oględziny terytoryum spornego i wezwać jako rzeczoznawcę profesora politechniki w Zurychu, inżyniera Beckera.

Od chwili, w której członkowie trybunału stanęli na naszej ziemi, zapanowała zupełnie inna atmosfera, aniżeli w Hradcu. „Staropolska gościność,” która uczy:

Ojców moich wielki Boże!
Wszak gdy wstąpił w progi moje
Włos mu z głowy spaść nie może...

- ta gościnność kazała być uprzedzająco uprzejmymi nietylko dla obu Szwajcarów, d-ra Winklera i prof. Beckera, lecz także dla Węgrów, Lehoczky’ego i Labana. Naodwrót należy przyznać, że także Węgrzy „rozkrochmalili się” i wyszli ze swej „zaborczej rezerwy,” jak ktoś zdefiniował ich podstawę.

We środę po południu przyjechali członkowie sądu rozjemczego do Zakopanego, gdzie powitały ich tłumne zastępy stałych i chwilowych mieszkańców Zakopanego, zwłaszcza wiele i to uroczych pań pono w niemałej części Warszawianek. Powitanie to wywarło na gościach wrażenie. Zaraz tego samego dnia obaj Szwajcarzy i Węgrzy zwiedzili Zakopane, a wieczorem wydał obiad na ich cześć ordynat hr. Tadeusz Dzieduszycki. Podczas tego zebrania prysnęły lody; gospodarz wniósł toast na cześć gości w ręce prezydenta Winklera, ten odpowiedział toastem na cześć kobiet polskich: dr Tchorznicki przygrywał melodye narodowe, a uczestniczące w zebraniu panie śpiewały. Szwajcarzy i Węgrzy byli zachwyceni. Swoją drogą na poufnych naradach trybunału zdania ścierały się z równą zaciętością i siłą.

Nazajutrz (we czwartek, 4 września) rano, nastąpił pochód nad Morskie Oko. Był to prawdziwie pochód, gdyż kto tylko mógł. wyruszył w góry, i setki powozów toczyły się przy ślicznej pogodzie po wybornej drodze do Morskiego Oka, teraz już prawie do końca, do samego jeziora doprowadzonej. Nad Morskiem Okiem oczekiwały sądu tłumy, w szczególności przybyły tu także zastępy sołtysów Bialskich i zakopiańskich Górali. Po drodze, po krótkim przystanku w schronisku Pola, oglądano w Roztoce miejsce, gdzie Potok od Rybiego wpada do Białki: jeden rzut oka wyjaśniał tu lepiej, aniżeli wszystkie argumenty, że twierdzenie Węgrów, jakoby Potok od Rybiego był Białką, jest prostym nonsensem. Pominąwszy charakter Białki, która jest znacznie szerszą rzeczką od Potoka, ten ostatni widocznie wpada do niej, z łożyska, wijącego się wyżej od łożyska Białki i pod kątem niemal prostym. Prof. Becker nadzwyczaj gorliwie robił tu notatki, rysował, zapisywał, a dr Winkler również widocznie był jakby przykuty tym widokiem. Węgrzy natomiast byli stropieni; d-ra Bolcza jeszcze i tu nie było.

Zjawił się on dopiero nad samem Morskiem Okiem, dokąd przywiódł— deputacyę komitatu Spiskiego. Przedstawiła się ona dr Winklerowi i arbitrom i wkrótce zabrała się z powrotem razem z adwokatem ks. Hohenlohego, Kleinem. Co oni tu właściwie mieli robić, nie wiadomo. Zdaje się, że chodziło o to, aby „stwierdzić,” że Węgrzy mają prawo tu przyjmować niezwykłych gości i że oni to czynią honory na tej ziemi. Nikt jednak nic sobie z nich nie robił, i było widać, że strzał ten spalił na panewce. Członkowie trybunału, mianowicie zaś dr Winkler, oraz rzeczoznawca prof. Becker zaraz we czwartek i przez cały piątek oglądali pilnie sporne terytoryum we wszystkich jego częściach, czynili pomiary i notatki, poczem odbywały się poufne narady, z wyłączeniem obrońców. Przy obiedzie i kolacyi znowu zbliżały się obie strony do siebie, i zapanowywało swobodne, można nawet powiedzieć: wzajemnie życzliwe usposobienie. Już gdy dojeżdżano do Morskiego Oka, na moście przy Wodogrzmotach Mickiewicza, dr Laban wzniósł toast na cześć Galicyi i narodu polskiego, a odpowiedział mu poseł dr Danielak. Potem wieczorem w schronisku Towarzystwa Tatrzańskiego podejmowało Towarzystwo gości przyjęciem; podczas tego wiceprezes Towarzystwa dr Ponikło wzniósł w języku francuskim zdrowie obcych gość w ręce prezydenta Winklera. Superarbiter odpowiedział:

„Piję zdrowie szlachetnych Polaków, których my, Szwajcarzy, znamy z rycerskości, dzielności i wielkiej przeszłości historycznej.” Toast ten przyjęto gorąco. Poseł K ozłowski wzniósł toast na cześć narodu węgierskiego. Odpowiedział dr Lehoczky po francusku: „Polacy i Węgrzy byli zawsze przyjaciółmi; wyrażam nadzieję, że zostaną nimi także w przyszłości. Niech żyją Polacy!” Śpiewano i bawiono się ochoczo, jakby uroczystość zbratania się sprowadziła tych Węgier i Szwajcarów tutaj, nie zaś zacięty spór o „perłę Tatr.”

W piątek cały trvbunał udał się nad Czarny Staw, a po obejrzeniu takie innych części spornego terytoryum, po serdecznem pożegnaniu się, przyczem prezydent Winkler kilka razy po polsku zawołał: „Dziękuję!” „Dziękuję!" - członkowie trybunału odjechali na węgierską stronę, do Szmeksu, dokąd przybyli wieczorem.

Po odpoczynku w Szmeksie i Budapeszcie, trybunał wraca do Hradcu.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr38 strona 757

W d. 13 b. m. sąd rozjemczy po kilkutygodniowych rozprawach całe terytoryum nad Morskiego Okiem przyznał Galicyi, a zatem i „Morskie Oko” i „Czarny Staw,“ i pastwiska sołtysów bielskich, i „Las Pański Rybie,“ a tylko 30-morgową parcelę leśną przy zbiegu Potoku od Rybiego i Białki pozostawiono Węgrom.

Granica pójdzie szczytem Żabiego.

Obrady trybunału w Hradcu rozpoczęły się nanowo w dniu 10 b. m., tylko jednak przez środę trwały obrady jawne. Mianowicie w tym dniu rzeczoznawca, prof. Becker z Zurychu, złożywszy przysięgę w ręce prezydenta Winklera, wygłosił swój wywód, oparty na oględzinach spornego terytoryum. Ten wywód rzeczoznawczy był ze stanowiska jurydycznego jednym z najważniejszych dokumentów i dowodów w procesie, a wypadł bezwarunkowo i stanowczo na naszą korzyść. Z chwilą jednak, kiedy to się okazało, Węgrzy poczęli odmawiać znaczenia oględzinom naocznym spornego terytoryum i orzeczeniu rzeczoznawcy, oświadczając, że to wszystko ich nic nie obchodzi, gdyż oni mają swoje „dokumenty," a przedewszystkiem owe mapy Scegera i Toreka, oraz protokół i mapę urzędnika fiskusu galicyjskiego, Nikorowicza!

Pokrótce więc tylko zaznaczę, że trybunał postawił mu ośm pytań, w odpowiedzi zaś na nie profesor Becker wprost lub pośrednio stwierdził:

Dzisiejszy las nad Morskiem Okiem jest. lasem Pańskim Rybie, oznaczonym w pomiarach Józefińskich; jest rzeczą wyłączoną, aby lasem Pańskim Rybie był las przy Pięciu Stawach, co twierdzili Węgrzy. Dalej: Biała Woda jest dalszym ciągiem Białki; tem samem nie jest Białką (ani Białą Wodą) Potok od Rybiego, który jest tylko dopływem Białki (Białej Wody), jak dolina jego poboczną w stosunku do doliny Białej Wody (Białki). Potok Rybi wypływa z Morskiego Oka, które jest zasilane przez kilka potoków, między innemi przez dopływ z Czarnego Stawu. Powyżej Czarnego Stawu niema żadnego żlebu, któryby mógł tworzyć granicę i wogóle naturalnej granicy w kierunku na Rysy prowadzić nie można; natomiast na granicę naturalną kwalifikuje się grzbiet Żabiego, do którego granica ciągnie się nieprzerwanie od samego początku przy Rysach, od zbiegu obu potoków. Tylko na samym końcu na przestrzeni około 700 m. mogą być pod tym względem pewne wątpliwości. " ogóle stwierdził rzeczoznawca, góry przedewszystkiem nadają się na granicę naturalną; rzeki zaś tylko wtedy, jeżeli brzegi są niedostępne, lub woda bardzo głęboka; gdyby więc chodziło o mokrą granicę, mogłaby ona iść tylko wzdłuż Białki i Białej Wody w kierunku na Żelazne Wrota, obok Polskiego Grzebienia.

Odpowiadając następnie na pytania arbitra d ra Tchorznickiego, prof. Becker bardzo ostro skrytykował mapy Scegera, które nazwał nie zasługującemi na zaufanie, a tak samo uznał, iż mapa „M ,” t.j.złożona przez Węgrów jako dodatek do protokółu Nikorowicza, jest tylko kopią rozmaitych innych map, pełną widocznych błędów i niedokładności, i nie ma żadnej siły dowodowej.

Oświadczenia te rzeczoznawcy sprawiły bardzo silne wrażenie. Obrońca węgierski stracił ochotę stawiania rzeczoznawcy pytań ze swej strony, tylko dr Laban i prezydent Lehoczky wypytywali się go o ową jedyną wątpliwą (także i dla nas) kwestyę w orzeczeniu prof. Beckera, mianowicie, że granica naturalna przy końcu Żabiego na przestrzeni około 700 m. jest niepewna i musiałaby być jeszcze dokładnie zbadana W odpowiedzi na pytania prof. Balcera stwierdził rzeczoznawca, że żleb Die może być naturalną granicą, tylko szczyty gór.

Nastąpiły końcowe wywody obrońców. Dr Boelcs, opierając się ciągle na owym protokóle fiskusu galicyjskiego i referacie Nikorowicza, obstawał przy żądaniach węgierskich i utrzymywał, że nawet wynik oględzin wypadł na korzyść Węgier (!?). Obrońca, domagając się, by stało się zadość sprawiedliwości: Fiat justiłia! - wyraził nadzieję, że obie strony uszanują wyrok, i że powrócą nanowo zamącone chwilowo sporem stosunki dawnej przyjaźni między Polakami a Węgrami.

Prof. Balcer w krótkiem, rzeczowem przemówieniu odparł twierdzenia d-raBoelcsa, zreasumował rezultaty orzeczenia prof. Beckera i wykazał, że po naszej stronie są rzeczywistość, prawo i słuszność nie pretensye urojone Obrońca zażądał teł, aby trybunał rozjemczy uznał całe terytoryum jako należące do Galicyi.

Na tem skończyły się obrady jawne, a rozpoczęły narady poufne trybunału bez udziału obrońców. Przedewszystkiem trybunał uchwalił nie wykreślać z protokółu znanego zastrzeżenia prof. Balcera, co do praw naszych do terytoryum między Leśnicą a Białką, następnie zaś przystąpiono do obrał nad samym wyrokiem. Obrady te, ściśle poufne, nie nadają się do publicystycznego omawiania, można jednak tyle zaznaczyć, że wywiązała się na nowo cała rozprawa o Morskie Oko Obie strony z największą stałością, energią i siłą—zwłaszcza zaś zastępcy nasi—występowali w obronie stanowiska; gdy jednak po naszej stronie były argumenty i dowody, Węgrzy obstawali uparcie przy swojem, wiecznie zasłaniając się owym niefortunnym protokółem Nikorowicza. Prof. Beckera zapytywano wielokrotnie o zdanie. Tak ciągnęły się obrady przez cały czwartek, przez cały piątek, przez sobotę. Naprężenie, zdenerwowanie—doszły już poprostu do niemożliwych granic. Atmosfera była już przeładowana elektrycznością ..

Statut trybunału rozjemczego orzeka (w $ 3), że „uchwały zapadają większością głosów. Jeżeli obaj sędziowie rozjemczy są równego zdania, przewodniczący się nie przyłączył do żadnego z ich zapatrywań, wyrażając trzecią opinię, należy zarządzić ponowne głosowanie, i w końcu osiągnąć większość przez podzielenie pytania.

Ten wypadek właśnie zaszedł, i trzeba było odbywać nużące, skomplikowane głosowania krok za krokiem, parcela za parcelą, po uprzedniem wysłuchaniu prof. Beckera. Skutkiem tego niepodobna było obrad skończyć do południa i o w pół do drugiej odroczono je —do popołudnia. A po południu rozpoczęła się walka nanowo, i krok za krokiem trzeba było wyrywać Węgrom teren sporny. Aż wreszcie późnym wieczorem - po godzinie 7-ej, rozeszła się wieść: Polacy wygrali! Jakby odczepnego, nie tyle Węgrom, którym na tem nie wiele zależało, ile księciu Hobenlohemu, dano owych 30 morgów; cale zresztą terytoryum sporne otrzymała Galicya.

Wyrok nie będzie przez trybunał rozjemczy formalnie ogłoszony; dla zredagowania go zbiorą się referenci i superabiter w Wiedniu w najbliższych dniach, poczem jeden egzemplarz wyroku otrzyma arbiter nasz dr Tchórznicki, dla zakomunikowania go rządowi austryackiemu, a drugi arbiter węgierski, p. Lehoczky, dla swego rządu. .Rządy złożą wyrok parlamentom w Wiedniu i Budapeszcie i ogłoszą go oficjalnie.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 47 strona 938

NA CZESC PROFESORA BALZERA.

Na cześć znakomitego obrońcy praw naszych do „Morskiego Oka,“ profesora Balzera, odbył się w dniu 10 listopada wieczór we lwowskiem Kasynie ziemiańskiem. Odpowiadając na przemowę zastępcy marszałka Galicyi, d-ra Tadeusza Piłata, który imieniem zebranych wyraził prof. Balzerowi słowa gorącego uznania i wdzięczności, dr Balzer wygłosił dłuższe przemówienie, w którem oddał uznanie wszystkim członkom trybunału rozjemczego, a także i arbitrowi węgierskiemu, p. Lehoczkemu, za jego „lojalność i prawidłowe postępowanie.”

Tygodnik Ilustrowany – rok 1902 nr 48 strona 959

MORSKIE OKO.

Pomimo wyroku, wydanego przez trybunał rozjemczy w Hradcu, sprawa o Morskie Oko jeszcze nie ucichła. W sejmie węgierskim podnieśli z powodu tej sprawy ciężkie zarzuty przeciw rządowi węgierskiemu członkowie stronnictw opozycyjnych, ale znaczna większość Izby posłów przyjęła do wiadomości odpowiedź prezesa gablnetu Szella, której najważniejsze wywody streszczały się w tern. iż Węgrzy muszą bezwarunkowo uszanować wyrok międzynarodowego sądu rozjemczego. Książę Hohenlohe i jego adwokat, dr Klein, widząc, że nie wskórają nic wywoływaniem awantur w samym sejmie, poczęli się dopuszczać bezprawi na samem terytoryum , dotychczas spornem, i pod tym pozorem, że terytoryum sporne nie jest jeszcze rozgraniczone, ani też oddane pod władzę Au stryi), niszczyli przemocą wszystkie kładki, budowane na Potoku Rybim przez hr. Wł. Zamoyskiego. Ponieważ żupan komitatu Spiskiego nie chciał pozwolić na interwencyę żandarmeryi, przeto uzbroili kilkunastu chłopów, którzy też dwukrotnie wystawioną przez hr. Zamoyskiego kładkę porąbali. Opozycya węgierska podniosła w sejmie budapeszteńskim przeciw rządowi wielką wrzawę, że nie broni powagi Węgier, bo przecież terytoryum sporne nie je st jeszcze wydane Austryi Natomiast ze strony polskiej domagają się wobec rządu d-ra Koerbera zupełnie słusznie co najrychlejszego wykonania wyroku, wydanego przez sąd rozjemczy w Hradcu.

Bada miasta Lwowa wysłała do poskich członków trybunału rozjemczego: d-ra Aleksandra Tchorznickiego, d-ra W. Kom a i prof. Balzera, pisma z podziękowaniem za świetną i skuteczną obronę praw kraju do Morskiego Oka. Towarzystwo prawnicze we Lwowie urządziło na cześć prezydenta Tchorznickiego wieczór i bankiet, a w Kasynie ziemskiem we Lwowie odbyła się (d. 10 listopada r b.) uczta na cześć prof Balzera.

Tygodnik Ilustrowany – rok 1903 nr 14 strona 278

ZE LWOWA.

Według otrzymanych przez Wydział Krajowy wiadomości, formalne wytknięcie granicy przy Morskiem Oku pomiędzy Galicyą a Węgrami nastąpi z wiosną roku bieżącego

Tygodnik Ilustrowany – rok 1903 nr 18 strona 358

W wiedeńskiem Stowarzyszeniu prawniczem odbył się wykład o historycznym procesie o Morskie Oko

Osoby

 

Sprawy

 

Translate this page:

Webdesign service by Sarkis. Outsourcing by FreelanceWebmarket.